wtorek, 12 lutego 2013

XXVII

Noc okazała się dla mnie wyjątkowo ciężka. Natłok myśli budził mnie wielokrotnie. Chciałabym mieć tę rozmowę już za sobą. Mocniej przysnęłam nad ranem. Obudził mnie dźwięk komórkowego budzika. Usiadłam na łóżku.
- Jurek!- rzuciłam- Jurek, jesteś tam- odpowiadała mi cisza. Najwyraźniej wyszedł, pewnie pojechał do domu się przebrać. Chyba powinien mieć u mnie jakieś rzeczy. E, chyba na to za wcześnie. A kiedy jest dobry moment? Czy są na to jakieś reguły? Przypominają mi się zeszyty, które robiłyśmy z koleżankami w podstawówce. Wklejałyśmy tam różne skarby, fotosy gwiazd i mnóstwo wróżb i reguł. Można było tam znaleźć wszystko, od tego co znaczy kichnięcie w środowe popołudnie, po test stwierdzający, czy jesteście dobraną parą. Przydałby mi się teraz taki zeszyt. Może by mi powiedział, co to znaczy, jak chłopak, który ci się podoba, plącze cię w aferę rodem z kryminału.
Poranna toaleta mija mi szybko i prawie bezwiednie. Pora na szafę. Przebiega mi przez myśl, że czas zająć się garderobą. Moje zwykle uporządkowane życie nieco się wywróciło i to widać po ubraniach. Wieszaki mocno się przerzedziły. Czas o to zadbać, urządzić sobie pranie i prasowanie. Wybieram na dziś eleganckie czarne spodnie w kant i lekką bluzeczkę koszulową, białą z czarnymi listwami wzdłuż guzików i zakończeń rękawów. Związuję włosy w koński ogon i otaczam go dodatkowo pasmem włosów. Upinając włosy zastanawiam się, gdzie on się podziewa. Idę do kuchni. Nalewam sobie do szklanki trochę soku porzeczkowego. Skoro go nie ma, kawy napiję się już w pracy. A może zaparzyć sobie teraz? Ostatecznie nie wiem, jak dziś będzie wyglądał dzień. Chyba wszystko zależy od tej porannej rozmowy z panem Stefanem. Jestem strasznie zdenerwowana. Czuję się jak przed jakimś egzaminem. Idę po torebkę, wkładam buty i pikowaną kurtkę. Sięgam jeszcze po telefon i wychodzę, nie mogę już usiedzieć na miejscu. Gdy jestem na dole, postanawiam zadzwonić do Jurka. Nie odbiera, ale zauważam jego samochód, właśnie podjeżdża i szuka miejsca parkingowego przy ulicy.
- Już wyszłaś?- wyskakuje z samochodu. Władczo obejmuje mnie ręką i przyciąga do siebie- denerwujesz się?- całuje mnie w skroń- ale jest jeszcze bardzo wcześnie, może coś zjemy?
- Chyba nie dam rady, chciałabym to mieć już za sobą- wzdycham, ale cieszę się, że jest już ze mną. Jak zwykle jest starannie ubrany, pachnący i bardzo spokojny.
- Wystarczy jedno twoje słowo i nie musisz brać w tym udziału...
- Wiem, ale teraz kiedy się o wszystkim dowiedziałam, nie daje mi to spokoju, nie chcę już mącić. Porozmawiam z panem Stefanem i podejmę decyzję.
- Czyżby nęcił cię jednak dreszczy emocji?- pyta zawadiacko.
- Sama nie wiem, może?- uśmiecham się lekko- Moje życie było dość monotonne, a teraz zjawiłeś się ty, a teraz jeszcze to... I boję się tego i chciałabym wziąć w tym udział.
- Jedźmy więc.
- Ale co będziemy tam robić, nie ma jeszcze nikogo w firmie.
- O nie, zapewniam cię, że ci, którzy biorą w tym udział są na miejscu praktycznie non stop.
Szybko jesteśmy na miejscu, o tej porze ruch jest niewielki. Chyba nigdy nie byłam w firmie tak wcześnie. Wchodzimy do pustego holu. Nasze kroki rozchodzą się echem. Zwykle jest tu gwarno i tłoczno. Jesteśmy przy drzwiach do pieczary IT. Jurek wstukuje swój kod. Pieczara jest prawie pusta, w nocy dyżuruje tylko dwóch informatyków.
- Joł brudasy, jak noc?- Jurek rzuca do nich od drzwi i nie czekając na odpowiedź prowadzi mnie dalej do drzwi na końcu korytarza, odpowiada nam tylko jęk jednego z dyżurujących i jego uniesiona ręka w geście powitania, chyba nie ma co spodziewać się czegoś więcej. Chyba nawet nie zauważyli mojej obecności, Jurek też to dostrzega i kładzie palec na swoich wargach w geście „ćśśś”. Przy drugich drzwiach też wstukuje kod. Otwiera drzwi i znajdujemy się w małym pomieszczeniu, nie ma tu nic. Sa za to kolejne drzwi. Patrzę na Jurka pytająco.
- To rodzaj śluzy. Dla pracowników IT tutaj pracuje ich kierownictwo. Nie mają tu wstępu. Mogą się kontaktować tylko przez telefon. Tak na prawdę to miejsce, gdzie dla nich znikamy, ale całość jest jeszcze za tymi drzwiami, tak na wszelki wypadek- mówi prawie szeptem. Znowu wstukuje kod, tym razem strasznie długi, składa się z kombinacji więcej niż 10 cyfr. Rozlega się po chwili elektroniczny kobiecy głos „kod poprawny” i Jurek otwiera drzwi. Znajdujemy się w dużym pomieszczeniu. Pełno tu sprzętu, jakiejś elektroniki. Pracuje przy tym sprzęcie chyba ze 20 chłopa. Wszyscy są bardzo skoncentrowani. Kiedy drzwi się zatrzaskują, na chwilę koncentrują na nas wzrok. Widok Jurka ich nie dziwi. Szybko skupiają się na mnie.
- Spokojnie panowie, wszystko jest pod kontrolą- słyszę głos pana Stefana, jest w nim jednak coś innego. Jest bardziej władczy, niższy. Za chwilę go dostrzegam, wstaje z kucek za jakąś maszyną. Ma na sobie bojówki khaki i biały t-shirt, wygląda dużo młodziej. Z nosa zniknęły okulary, jego sylwetka jest wyprostowana, jakby stracił brzuszek. Podchodzi do nas zdecydowanym krokiem.
- Dobrze, że już jesteście, im wcześniej tym lepiej, przejdźmy dalej, tam jest spokojniej- rusza przodem, a ja obserwuje go zachłannie. Nie wiem, czy faktycznie aż tak się różni od obrazu pana Stefana z mojej głowy, czy też postrzegam go tak inaczej przez to, że wiem kim jest. Z otwartej przestrzeni wchodzimy do krótkiego korytarzyka. Znajdują się tu wejścia do jeszcze kilku pokoi. Pan Stefan otwiera jedne z drzwi.
- To mój pokój, proszę się rozgościć- zamyka za nami drzwi. Ten pokój to w pełni wyposażona kawalerka. Ma nawet aneks kuchenny. Siadamy na sporej kanapie. Pan Stefan bez pytania stawia na ławie termos, filiżanki, mleko i cukier. Rozlewa do filiżanek kawę.- Zakładam, że przynajmniej częściowo jest pani wprowadzona w temat i kwestia roli mojej osoby nie jest dla pani tajemnicą. Zanim przekażę pani więcej szczegółów, chciałbym prosić o dyskrecję. Mógłbym wiązać panią dokumentami, ale jest to pozbawione sensu. Jedyne co wówczas moglibyśmy zrobić, to panią ukarać, a nam zależy na zachowaniu tajemnicy. Kara w obliczu jej ujawnienia i tak nie będzie miała większego sensu- mówi bez wstępów, co bardzo mi odpowiada. Na chwilę przestaje mówić i wpatruje się we mnie.
- Rozumiem, proszę mówić dalej- staram się być opanowana, ale to bardzo trudne. Teraz nie wiem, co bardziej wyprowadza mnie z równowagi nowy pan Stefan, czy cała sprawa.
- Plan wygląda tak. Dziś po południu prezes będzie wracał ze służbowego wyjazdu do Gdańska. W okolicach Olsztyna, będzie miał wypadek. Nie przeżyje go, jak już pani wie, będzie to mistyfikacja. Jutro zostanie otwarty jego testament, w którym poprosi panią o pełnienie obowiązków prezesa firmy do czasu załatwienia formalności związanych z przejęciem własności firmy przez żonę prezesa i jego brata. Instrukcje w testamencie są bardzo jasne i mamy nadzieję, że rodzina się do nich dostosuje- ledwo mogę złapać oddech, chcę protestować, ale pan Stefan unosi rękę w geście „proszę pozwolić mi mówić dalej”- w rzeczywistości, prezes będzie znajdował się tutaj, będzie mówił pani co robić, a do czasu załatwienia formalności z przejęciem własności firmy, mamy nadzieję, że będzie po wszystkim.
Biorę głęboki oddech:
- Pani Stefanie, zapewne zdaje pan sobie sprawę, że całość tego co się tu wyprawia jest dla mnie mocno szokująca. Nie muszę tłumaczyć dlaczego- staram się wejść w konwencję poważnej i rzeczowej rozmowy. Udaje mi się nawet uniknąć przesadnej gestykulacji.
- Dlatego panią wybraliśmy, nie wpadła pani w histerię. Mimo zdenerwowania, stara się pani zachować spokój, przynajmniej powierzchownie. Remek upierał się, że tak będzie i proszę miał rację.
- Mogę to potraktować jak zwykłe polecenie służbowe, w moją pracę wpisane jest zachowanie dyskrecji, ale panowie- patrzę znacząco na Jurka i na pana Stefana- czy to musi być tak drastyczne, przecież to będzie szok dla rodziny.
- To prawda. Jednak dla autentyczności całej sprawy to konieczne. Żaden z członków rodziny nie może się zdradzić, że zna prawdę, dlatego nikt z nich prawdy nie pozna.- pan Stefan stara się mnie przekonać. Widać, że całą sprawę rozważyli już na wiele sposobów. 
- Nie wierzę, że pan Remigiusz chce narażać panią Alicję i dzieci na taki stres- patrzę mu ze spokojem w oczy- Musi być inne wyjście. 
- Przepraszam pani Moniko, ale w tej chwili to jest poza dyskusją. Bardzo liczymy na pani współpracę, ale jeśli z jakiegoś powodu jest to dla pani niewykonalne, wycofajmy się na tym etapie. Z panią byłoby łatwiej, ale z pewnością uda nam się znaleźć inne rozwiązanie, jak już mówiłem, wówczas będziemy oczekiwać jedynie dyskrecji, zatem...- zawiesza głos. Jurek przygląda mi się bacznie. Nie odezwał się ani słowem, odkąd rozpoczęliśmy rozmowę z panem Stefanem. Ja znam jego zdanie na ten temat, pan Stefan zapewne też. Nie potrzeba więcej słów. Bardzo mi to odpowiada, obydwaj jednak nie wiedzą, że w międzyczasie przyszedł mi do głowy alternatywny pomysł. Myślę przez chwilę, czy powinnam się nim dzielić. Na pewno też przyszło im to do głowy.- Pani Moniko, nie mamy zbyt wiele czasu... 
- Zgadza się, ale chciałabym zapytać o pewną opcję, zapewne była brana pod uwagę, ale chciałabym poznać jej słabe strony. Właśnie przyszła mi do głowy, ale nie mam teraz szans na zimno ją ocenić. 
- Proszę mówić- pan Stefan nie zdradza irytacji, ale wyobrażam sobie co tak na prawdę myśli. Waham się jeszcze przez chwilę, biorę kolejny głęboki wdech i wypalam: 
- Urządźmy mu kwarantannę. 
- Co masz na myśli?- dopytuje Jurek.
- Mam na myśli sytuację, w której istnieje podejrzenie, że ktoś został zarażony chorobą, która może zostać rozprzestrzeniona na inne osoby, dlatego trzyma się go w izolacji- kiedy to mówię, dosłownie widzę jak mózg pana Stefana wykonuje tysiące operacji.
- To ma sens- rzuca pan Stefan i sięga po dziwnie archaicznie wyglądający telefon, chwilę czeka ze słuchawka przy uchu- zawieś dzisiejsze połączenie- mówi zdecydowanie, gdy udaje mu się połączyć- to nie podlega dyskusji. Nie, nie masz racji, zgodziła się, ale znalazła inna drogę- mówiąc to patrzy na mnie ciepło. Teraz trochę bardziej przypomina pana Stefana, którego znam. Jurek jest trochę oszołomiony, chyba dociera do niego, że właśnie postanowili zmienić plany, przeze mnie?- Słuchaj, teraz Konstancin, potem kontakt kompas paczka kierunek Warszawa. Przeładunek baza Modlin.- rozłącza się bez pożegnania.
- Pani Moniko, tego nam było trzeba, powiewu świeżego powietrza. Zaciska pięść w geście zwycięstwa- a ty miałeś obiekcje- zwraca się do Jurka.
- I co teraz?- dopytuje Jurek, ma rozbawiona minę.
- Teraz realizujemy plan pani Moniki, nie mamy wiele czasu, ale myślę sobie tak: zajmiemy na kwarantannę wille w Konstancinie, tam otwarcie będziemy mogli pilnować prezesa i nikt nie będzie miał do niego dostępu, nawet rodzina. Jednocześni będzie mógł sam zarządzać firmą, a pomoże mu w tym pani Monika. Ten plan jest genialny w swojej prostocie, my już za bardzo kombinowaliśmy. A tak unikamy całego emocjonalnego i formalnego popaprania.
- Jest pan pewien, nie potrzebuje pan więcej czasu na przemyślenie tego pomysłu?- pytam z niedowierzaniem.
- Nie ma nad czym myśleć, to rozwiązanie jest lepsze. Rozumiem, że teraz nie będzie miała pani obiekcji.
- Żadnych, pomogę jak mogę- patrzę na Jurka, najwyraźniej zaniemówił, a z tego co zdążyłam się zorientować, nie zdarza mu się to często.
- Super- pan Stefan klaszcze w dłonie- mam dużo do załatwienia, tym bardziej, że jak pani widzi musimy się posługiwać bezpiecznymi formami kontaktu, możliwości są mocno ograniczone. Nowoczesne technologie są naszymi sprzymierzeńcami, ale zarazem największymi wrogami. 
- Czyli jak dobrze rozumiem, my wracamy teraz do tworzenia systemu- dopytuje Jurek.
- Tak będzie najrozsądniej, ten dzień nie może się różnić od innych. Do roboty, potem jeszcze się spotkamy i opowiem wam, jak to wszystko zorganizujemy.
Wychodzimy do lipnego przedsionka. Jestem nieco oszołomiona. Trzeba im przyznać, że działają błyskawicznie. Czuje, że mam wypieki na twarzy. Zaczyna spływać ze mnie adrenalina. Egzamin dobiegł końca, teraz oczekiwanie na wyniki. Jurek zamyka za nami ciężkie drzwi, nie otwiera jednak kolejnych, a przyszpila mnie sobą do ściany.
- Pani Moniko, pani inteligencja jest równie pociągająca jak pani ciało, aż mi mowę odebrało- i całuje mnie gwałtownie, wkładając swoje kolano między moje nogi. Jego oddech jest głęboki i głośny. Motyle w moim brzuchu zrywają się do lotu. Kładę dłonie na jego głowie i jeszcze mocniej przyciskam go do siebie. Nagle słyszymy za drzwiami jakieś poruszenie. Odskakujemy od siebie. Ciężkie drzwi otwierają się i teraz w przedsionku jesteśmy już w trójkę z panem Stefanem, ale tym starym, przygarbionym, w szarych spodniach i sweterku w serek, spod którego wystaje starannie zawiązany węzeł krawata. Poprawia na nosie okulary i pyta:
- Idziemy?- uśmiecha się pod nosem, a ja czerwienię się jeszcze bardziej.

2 komentarze: