piątek, 8 marca 2013

XXXV

Kiedy przekraczamy próg willi, Małecki zbiega do nas po schodach. Dziś nie ma na sobie garnituru, tylko polo i bawełniane spodnie. Jego zwykle ułożone na gładko siwe włosy, dziś są w lekkim nieładzie. Dopiero po chwili dociera do mnie, że pierwszy raz widzę go bez okularów w srebrnych oprawkach. Muszę przyznać, że w tym wydaniu wygląda młodziej.
- Pani Moniko- ściska moją dłoń- dziękuję, że zgodziła się pani przyjechać.
- No cóż, jestem pana asystentką, pracuję dla pana- staram się być zabawna.
- To co pani robi, dawno wykroczyło poza standardowy zakres obowiązków- wciąż trzyma mnie za rękę i patrzy w oczy, muszę przyznać, że trochę mnie to peszy. Po chwili on i Stefan ściskają sobie po męsku dłonie, dodatkowo szef klepie Stefana w ramię. Widać między nimi więź, w pracy nie byli tacy wylewni.
- Przejdźmy do salonu- prezes ręką wskazuje kierunek.
- To ja załatwię parę spraw z moimi ludźmi, dajcie znać jak skończycie, to wywiozę stąd Monikę- uśmiecha się na znaczące spojrzenie Małeckiego, sugerujące iż zauważył pominięcie słówka „panią”.
Zostajemy z szefem sami. Proponuje mi coś do picia. Ostatecznie decyduję się na lampkę koniaku, po pierwsze dlatego, że to prawdziwy koniak i chcę go spróbować, a po drugie, mimo, że nie piję zbyt często, teraz akurat czuję, że jest mi to potrzebne.
- Mmm- mruczę po pierwszym łyku- to jednak prawda, z wiekiem smak wytrawnieje.
Prezes uśmiecha się, ale jego oczy są smutne.
- Pani Moniko, chciałbym wytłumaczyć pani, na tyle na ile mogę, to dlaczego znalazłem się w tej sytuacji, a co za tym idzie, że wplątałem w to panią- zaczyna swój wywód, ale ośmielam się mu przerwać.
- Szefie, niczego nie jestem bardziej ciekawa, ale nie było pana kilka dni, a potem wydarzyło się to wszystko, mamy mnóstwo spraw do załatwienia. Jeśli zostanie nam trochę czasu, chętnie posłucham, na prawdę mamy na to czas, nie dziś to jutro, ale to co dzieje się na bieżąco wydaje mi się nie tyle ważniejsze, co bardziej pilne- mówiąc to sięgam po torbę i wyjmuję z niej grubą teczkę papierów- patrzy na mnie, a potem na teczkę i znowu się uśmiecha, jego oczy są tym razem weselsze.
- Właśnie utwierdziła mnie pani w przekonaniu, że postąpiłem słusznie...
Mija około godziny, gdy udaje nam się po krótce omówić sprawy. Niektóre zostawiamy do zastanowienia, zabieram do teczki te, które udało nam się zdecydować już dziś.
- No dobrze, to teraz chętnie posłucham co się wydarzyło- mówię swobodnie i odkrywam, że nie czuję się już w jego towarzystwie jak studentka na egzaminie. Pękła między nami jakaś niewidzialna bariera.
Małecki milczy przez chwilę, ruchem głowy pyta czy dolać mi koniaku.
- Poproszę wodę- mówię, odbieram od niego szklankę, a on siada na sofie na przeciwko mnie. Siedzi nachylony w moim kierunku, opiera łokcie na kolanach i spłata dłonie.
- Mój ojciec był funkcjonariuszem służby bezpieczeństwa PRL- mówi jakby przyznawał się do jakiejś winy. Wyczekuje na moją reakcję.
- Powinnam coś powiedzieć?- pytam niepewnie.
- Przepraszam, ale przywykłem, że ten fakt nie przysparza mi przyjaciół.
- Nie bardzo rozumiem, jak można winić dziecko za postępowanie rodziców.
Moja reakcja powoduje, że jego oczy wyrażają teraz wdzięczność za zrozumienie.
- Mój ojciec ukrywał to starannie. Dowiedziałem się dopiero, gdy zniknął na jakiś czas. To było już w 1989 roku, no może trochę przed. Tak też poznałem Stefana. Był podwładnym mojego ojca. Obydwaj należeli do grupy, która pracując dla ustroju PRL, planowała jednocześnie obalenie ówczesnej władzy. Udało się. Przynajmniej tak im się wydawało. Jakiś czas później stało się jasne, że ci których obalali byli sprytniejsi. Przeprowadzili rewolucję nie swoimi rękami w korzystny dla siebie sposób, uwłaszczając się na tym co pozostało z państwowego majątku. Zniknięcie mojego ojca miało z tym jakiś związek, nigdy jednak nie dowiedziałem się jaki. Poszukiwania go trwały kilka tygodni, a kiedy wrócił był innym człowiekiem. Nie chciał o tym mówić, a my z mamą o nic nie pytaliśmy. Wkrótce potem miał udar. Mama opiekowała się nim jeszcze kilka dobrych lat, poświęciła się mu do końca, mimo, że ukrywał przed nią wszystko przez całe ich wspólne życie. Dla nas ojciec był inżynierem pracującym w instytucie...- na twarzy Małeckiego maluje się ból. Przerywa na chwilę swoją opowieść i sięga po kieliszek. Po woli wlewa w siebie całą zawartość. Nie bardzo wiem, jak mam się zachować. Nigdy nie słyszałam od niego niczego osobistego, a teraz opowiada mi to wszystko. Właśnie chcę go zapytać jaki to ma związek z tym wszystkim co dzieje się teraz, myślę jeszcze jak to zrobić, ale prezes wyprzedza moje myśli.
- Pewnie zastanawia się pani, po co to wszystko opowiadam- uśmiecha się gorzko.
- Trochę tak, nigdy nie wspominał pan o prywatnym życiu...
- Niestety, ma ono związek z tym w jakiej teraz jestem sytuacji, a ze mną i pani.
- Z własnego wyboru, nikt mnie do niczego nie zmuszał.
- Za co jestem pani bardzo wdzięczny-na jego twarz wrócił spokój.
Usadawiam się wygodniej na sofie.
- Proszę mówić dalej- zachęcam.
- Kilka lat po śmierci ojca okazało się, że gdy byłem dzieckiem, kupił na moje nazwisko starą willę na Saskiej Kępie. Zrobił to w konkretnym celu. Kiedy tam wszedłem...widok był porażający. Mój ojciec zgromadził tam tony dokumentów bezpieki i innych dokumentów państwowych. Stefan i jego ludzie do tej pory nie przekopali się przez wszystkie. Nie wiem co bym bez niego zrobił.
- Domyślam się, że pana obecna sytuacja dotyczy właśnie tych dokumentów.
- Zaledwie jednej półki...znaleźliśmy teczki z zaszyfrowanymi informacjami. Cześć z nich udało się odczytać, niestety część była zaszyfrowana w nieznany dla Stefana, ani nikogo z jego zaufanego grona sposób, zostawiliśmy je na jakiś czas. Jak pani zapewne pamięta, niedawno zmarła moja matka. Porządkując jej rzeczy, odkryłem, że wiele jeszcze pozostało po ojcu. Jego biurko i komoda były nie tknięte od czasu jego śmierci. Znalazłem tam dziwną rzecz. Wydawało mi się, że to jakiś elektroniczny podzespół, ale nie przypominało to niczego, co do tej pory widziałem. Oczywiście pokazałem to Stefanowi. Od razu skojarzył, co to jest. To jakiś dawno używany nośnik danych. Stefan chciał zobaczyć, co na nim jest. Okazało się jednak, że jest on dość poważnie zmodyfikowany. Stefan podejrzewa, że na nośniku może być szyfr do naszych teczek. No i teraz tęgie głowy budują pod osłoną naszego IT sprzęt do odczytania tego modułu, jeśli w ogóle te dane jeszcze tam są...
- Jak to?
- Stefan twierdzi, że mogły już zniknąć, po prostu z upływem czasu, albo znikną, gdy podłączymy je do tego urządzenia, tak czy owak, postanowiliśmy podjąć próbę...ostatecznie, jeśli komuś tak bardzo zależało, na ukryciu tego, to pewnie jest to coś ważnego...
- Albo ktoś chciał, by wszyscy tak myśleli- wypalam bez zastanowienia i gryzę się w język, ale szef jest wyraźnie zaciekawiony.
- Celna uwaga, ale nie możemy się oprzeć, by to odczytać i się przekonać. Wiele z tych dokumentów nie ma już większego znaczenia, o czym mój ojciec nie mógł wiedzieć, ukrywając je. Najprawdopodobniej archiwum gromadził przez kilkadziesiąt lat, jak sądzę na tak zwany wszelki przypadek. Trochę się w tym zapędził, ale Stefan twierdzi, że TE teczki i TEN szyfr to może być coś na prawdę ważnego. Podejrzewam, że wie nawet co, ale z różnych powodów nie może, bądź nie chce mi o tym mówić.
- Niezwykła historia...
W salonie pojawia się Stefan.
- Moi drodzy, nie wiem czy wiecie, ale zrobiło się dość późno, a ja niestety muszę wracać. Jeśli Moniko jeszcze chcesz zostać..
Patrzę na zegarek. Spędziłam tu ładnych parę godzin.
- Mam wrażenie, że to jeszcze nie koniec tej historii, ale Stefan ma rację, powinnam już pójść..
- Jeśli o mnie chodzi, to zapraszam na kolację- Małecki zrywa się z sofy. Widać, że doskwiera mu tutaj samotność.
- Przepraszam panie prezesie, ale umówiłam się na wieczór, czy mogę wrócić tu jutro?- oboje patrzymy na Stefana.
- Naturalnie, będziesz mogła być tu codziennie, niestety będziesz ode mnie uzależniona, żeby tu wejść musisz być ze mną.
Prezes rozkłada ramiona:
- No cóż, szkoda- uśmiecha się rozbawiony- widzisz Stefan, ciężko nam będzie konkurować z twoim młodym przyjacielem- teraz śmiejemy się wszyscy, na policzkach czuję żar- ale będę wdzięczny jeśli jutro też się pani pojawi.
Gdy wychodzimy na zewnątrz leje deszcz. Jestem oszołomiona tym co usłyszałam. Czarna limuzyna wywozi mnie z posesji, a za samochodem zatrzaskuje się metalowa brama.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz