piątek, 18 stycznia 2013

XXI

Otwieram oczy. W pokoju jest już jasno. Leżymy dokładnie tak jak zasnęliśmy, tyle, że okrywa nas koc. O kurczę! Jest jasno, a to znaczy, że zaspałam, z tego wszystkiego nie wzięłam z salonu telefonu, a zawsze rano mnie budzi, pewnie leży tam i brzęczy. Próbuję wydostać się z uścisku Jurka. Prawie mi się to udaje, jeszcze sekunda i będę wolna. I wtedy uścisk staje się silniejszy i z powrotem przygwożdża mnie do łóżka.
-        A ty dokąd?- szepcze mi w szyję.
-        Najpierw muszę zobaczyć, która godzina- trochę denerwuje się spóźnieniem, ale bycie w jego ramionach jest takie miłe.
-        Spokojnie, zdążysz, jest najwyżej siódma- nieco się podnosi i opiera na łokciu, przewracam się na plecy, jest teraz nade mną i przez chwilę wpatruje się we mnie, po czym składa na moich ustach słodki i delikatny pocałunek. Moja dłoń sięga do tyłu jego głowy, a palce wplatają się w króciutkie włosy. Oplatam nogą jego nogi i przewracam nas tak, że teraz on jest pode mną. Przez chwilę leży oniemiały. Całuję go w czubek nosa i mówię:
-        Muszę lecieć- wykorzystuję jego zaskoczenie i zgrabnie zeskakuje z łóżka, w paru susach jestem w łazience. Po wczorajszej smutnej minie nie ma śladu. Mam trochę podpuchnięte oczy, ale okład z zimnych łyżek i makijaż powinny wystarczyć. Gdy kończę się szykować do wyjścia, znajduję mego księcia w kuchni. Kawa jest już gotowa a w miseczce czeka musli z mlekiem. Mmm, mogłabym się do tego przyzwyczaić.
Nie mamy dużo czasu. Postanawiamy jechać moim autem, jego zostało wczoraj pod domem, okazało się, że do mnie przybiegł. Po drodze umawia się z Kompasem, że ten odbierze go spod firmy.
-        Wejdę na chwilę do firmy i powiem Stefanowi, że dziś mnie nie ma- oznajmia, gdy kończy rozmowę z Kompasem.
-        Myślisz, że zgodzi się na urlop tak znienacka?
-        Nie ma wyjścia- lekko unoszą mu się kąciki ust- nie jestem pracownikiem Yellow Pages- a to ci niespodzianka, dlatego dziwne wydawało mi się to zatrudnienie, zazwyczaj wiem o takich sprawach więcej.
-        Jak to?- dopytuję zaskoczona.
-        Jestem wolnym strzelcem, mam przeprowadzić projekt. Gdy go skończymy, rozstanę się z firmą. No i cały czas pracuje z Norwegami.
-        Rozumiem- mówię i tak myślę, czyli to z góry jest obliczone na krótki dystans, skończy projekt i wróci do Norwegii, szkoda tylko, że od razu mnie nie przeleciał, miałabym pewność, a tak? Co go powstrzymuje. Zrobiłam się nagle strasznie wściekła. Dobrze, że mam ten weekend. Może uda mi się zdystansować. Najwyraźniej siedzenie w kokonie nie było takie złe. Dojeżdżamy do firmy. Jurek otwiera mi drzwi i zmierzamy bez słowa do wejścia. Spotykamy tam Mareczka.
-        Witam państwa- mówi, szarmancko kłaniając się w pas.
-        Cześć Mareczku- mówię pobłażliwie i nawet cieszę się, że tu jest, na krótka chwilę przypomina mi się obraz z wczorajszego wieczoru, gdy widział nas razem w samochodzie. Mam nadzieję, że nie widział wszystkiego. Jurek patrzy na Mareczka nieufnie i pozwala mu się przepuścić w drzwiach. Niezręcznie robi się przy schodach. Wiem, że Jurek chce się ze mną pożegnać. Mnie cały czas w głowie kołacze myśl, że Jurek niedługo wyjedzie, Marek zaś czeka, chyba na mnie by razem ruszyć na górę.
-        Dołączę do ciebie- rzucam do Marka, a ten niechętnie odchodzi, wygląda na to, że też ma mi coś do powiedzenia. Gdy jest na tyle daleko, by nas nie słyszeć mówię do Jurka- No to cześć- nie odpowiada, tylko patrzy na mnie, jakby zastanawiał się o czym myślę.
-        Co się nagle stało?- pyta wreszcie.
-        Nic specjalnego, zaskoczyły mnie trochę twoje najbliższe plany, sądziłam, że coś się dzieje między nami, ale po co zaczynasz, jeśli niedługo wyjeżdżasz.
Obejmuje mnie w talii, ale ja nie poddaję się jego uściskowi, moje ręce nadal swobodnie zwisają wzdłuż ciała, a ja nieco się od niego odchylam. Jest tym zaskoczony.
-        Nigdzie się nie wybieram. Nie czas to i nie miejsce na takie dyskusje. Nie wiem co sobie wymyśliłaś, ale zapewniam cię, że będziemy mieli dość czasu dla siebie. Porozmawiamy w poniedziałek, jak już oboje będziemy w Warszawie.- mówi spokojnie.
-        Nie wiem czy twoje „dość czasu” równa się mojemu- mówię opryskliwie.
-        A ty dalej swoje. Nie myśl o tym za dużo, a teraz zmykaj, bo na prawdę się spóźnisz.- przyciąga mnie na siłę do siebie i całuje w usta. Po chwili odwzajemniam jego pocałunek. Może ma rację. Może warto przeżyć płomienny, a krótki romans, niż wciąż szukać bez skutku tego jedynego na całe życie. Tym bardziej, że z nikim jeszcze tak bardzo nie chciałam romansować.- Pa ,maleńka- mówi i wypuszcza mnie z ramion.
-        Pa- rzucam szybko i wbiegam po schodach. Bardzo chcę jeszcze na niego spojrzeć, ale tego nie robię.
Siadam wreszcie za swoim biurkiem i uruchamiam komputer. Na sprzedażowym open spejsie zauważam Mareczka. Rozmawia z Jakubem, również handlowcem, ale co jakiś czas rzuca spojrzenie w moją stronę. Nasze spojrzenia na chwile się krzyżują. Zatrzymuje na mnie wzrok, mina mu tężeje, ale po chwili rozluźnia się i wraca do rozmowy z Kubą. O co mu chodzi? Może jednak widział więcej. Robi mi się nieprzyjemnie. Odzywa się brzuch. Tym razem to nie motyle, a jakiś rój os. Odchrząkuję i postanawiam się więcej nad tym nie zastanawiać. Zamiast tego wstaję zza biurka i idę do kuchni po kawę.
W kuchni na szczęście nikogo nie spotykam i dobrze, nie chce mi się z nikim rozmawiać. Wracam do biurka i witam się z prezesem, który właśnie przybył. Zaczynamy intensywny dzień, za co jestem mu niezwykle wdzięczna. Nie mam kiedy skierować moich myśli na Jurka, a czają się skubane cały czas gdzieś z tyłu głowy. Dobrze jednak, że mam ten weekend bez niego. Bardzo się rozpędziliśmy z naszym „romansem”. Targają mną intensywne uczucia, a na Boga, z jakiegoż to powodu? Idiotko, a który facet wcześniej tak na ciebie działał? Może powinnam popłynąć w to w ciemno jak Ana. Wzięłam książkę ze sobą. Dziś wieczorem ją dokończę. Dzień zleciał bardzo szybko. Dwie minuty po 16:00 odbieram telefon, że wesoła rodzinka Marty czeka na mnie na dole. Przerzucam walizkę z mojego autka do ich autobusu, jak nazywam ich wielkiego Cryslera i ruszamy w drogę. Mały Misio jest podekscytowany podróżą i nie może się doczekać spotkania z babcią i dziadkiem. Zapał opada jednak jakieś 50 km za Warszawą i zaczyna dopytywać kiedy dojedziemy. Czytamy książeczki, śpiewamy piosenki, zatrzymujemy się dwa razy, by mógł na chwilę opuścić samochód. Wreszcie docieramy do naszej Arkadii. Kiedy milknie silnik otacza nas bezgraniczna cisza. Jest bardzo jesiennie. Po opadach śniegu nie ma nawet śladu. Jest sino. Na drzewach utrzymują się tylko pojedyncze liście. Ziemia na około ma jednolity kolor zaoranych pól. Nawet jezioro ma szary kolor. Ciszę przerywają okrzyki mamy wybiegającej z domu. Jak mi błogo. Tu znajdę zawszę ukojenie. Okazuje się, że tata jest jeszcze w szpitalu, powinien wrócić za dwie godziny. Mama zabiera ze sobą Misia. Jest taka szczęśliwa. Znikają w domu. Janusz zabiera się za rozpakowywanie samochodu. Nawet dwudniowy wyjazd z dzieckiem to niezłe przedsięwzięcie- torba z ubraniami, torba z zabawkami, nocnik, rowerek...wszystko dla naszego bobasa.
- Pomóc ci?- pytam.
- Nie, poradzi sobie- odpowiada za niego Marta- ty mi lepiej opowiedz, co tam się u ciebie dzieje.- nie byłam na to przygotowana, to znaczy byłam, ale nie tak od razu, myślałam, że pogadamy wieczorem, albo jutro. Mija nas objuczony Janusz. Mimo, że ma w rękach pakunki, mijając Martę składa na jej ustach całusa.
- Im wcześniej jej powiesz, tym wcześniej będziesz miała spokój- radzi mi pobłażliwie. Marta idzie za nim do domu i rzuca przez otwarte drzwi:
- Mamo! Idziemy z Moniką się przejść, rozprostujemy się i zaraz wrócimy!- chyba słyszy odpowiedź, zamyka drzwi. Bierze mnie pod rękę- Opowiadaj.
Idziemy tak w dosłownie siną dal, a ja staram się jej możliwie pobieżnie opowiedzieć o tym co stało się w minionym tygodniu. Gdy kończę, ma już swoje zdanie.
- Albo ten Jurek to niezły bajerant, albo strasznie ciekawy z niego gość. Jeśli ci się podoba, a tak jest, to w pierwszym przypadku przeleć go i rzuć, a w drugim jesteś skazana na niezłą przygodę.- od siostry zawsze dostanę syntetyczne podsumowanie.
- Masz rację, tak czy siak muszę go przelecieć- i śmiejąc się wracamy w kierunku domu.
W domu czeka na nas obiad. Mam zagania nas do kuchni. Przekładamy wszystko na półmiski, nakrywamy do stołu, a mama bawi się z Misiem. Do domu dociera też tata z Mikołajem, którego odebrał z dworca i wkrótce siedzimy przy stole w komplecie. Mimo gwaru, jaki zawsze towarzyszy naszej rodzinie czuję w sobie błogość. Wyciszam się i uspokajam. Po kolacji Marta idzie naszykować Misia do spania, a my rozsiadamy się przed kominkiem. Najpierw „przesłuchiwany” jest Mikołaj. Zmężniał ten mój braciszek. Teraz już sporo czasu spędza w lesie, nie tylko przy książkach. Zrobił się taki poważny. Nie jest już chłopcem, stał się mężczyzną. Na drugi ogień idę ja. Muszę opowiedzieć jak sobie radzę sama w wielkim mieście. Jak praca. Na szczęście mam co opowiadać z tej dziedziny dzięki nowemu projektowi. Kiedy tak z pasją o nich opowiadam wchodzi Marta i mówi do Janusza:
- Teraz twoja kolej na bajkę- Janusz jak zwykle małomówny, uśmiecha się łagodnie i idzie na górę, gdzie do snu układa się jego synek. Marta zwraca się do reszty- nie dajcie się jej zbyć historyjkami z pracy, nasza Monika poznała interesującego jegomościa.
I już mam ochotę ją zabić. Nie dość, że cały czas staram się nie myśleć o Jurku, nawet jak już sama o nim myślę, to nie wiem co mam sądzić na jego temat, a teraz mam jeszcze opowiadać o nim rodzicom.
- Dziękuję ci siostrzyczko- warczę przez zaciśnięte zęby.
-  Co to za tajemnica? – wtrąca mama.
- Mamuś, żadna tajemnica, po prostu nie ma jeszcze o czym mówić, spotkaliśmy się zaledwie kilka razy- wymieniamy się porozumiewawczo spojrzeniem z Martą. Wiem, że nie powie już nic więcej. Nie umyka to tacie, który patrzy na mnie porozumiewawczo. Teraz wiem, że muszę dostarczyć mamie jakiś informacji, które na chwilę jej wystarczą.
- Ma na imię Jurek, jest programistą. Pracuje u nas przy tym nowym projekcie, z którym wiążą się i moje nowe zadania. Poniekąd razem mamy koordynować prace. Ja ze strony organizacyjnej, a on merytorycznej- udaje mi się wrócić na temat pracy. Mama jednak nie daje się zwieść:
- I co umówiliście się?
- Tak.
- Przystojny jest- mamie błyszczą oczy.
- A co to za różnica?!- wtrąca tata- najważniejsze, żeby Monice się podobał. Mama gromi go wzrokiem.
- Może się podobać- mówię pojednawczo- wydaje się być silnym facetem. Tym stwierdzeniem zainteresowałam tatę.
- Silnym?- mówi zdziwiony- mój obraz programisty jest zupełnie inny- próbuje być zabawny.
- To prawda- teraz i mi jest wesoło- wyróżnia się na tle swoich kolegów po fachu. Nawet u mnie w firmie. Ich część budynku nazywamy pieczarą.- udaje mi się znowu skierować rozmowę na inne tory. Niedługo potem muszą o sobie opowiedzieć Marta i Janusz, który właśnie skończył usypianie Misia.
Wieczorem udaje mi się dokończyć książkę. Cieszę się, że dobrze się skończyła, ale Hyde pod domem Greyów nie wróży niczego dobrego. Po powrocie muszę się zainteresować trzecią częścią. Przed zaśnięciem sięgam jeszcze po telefon. Nie odebrałam dwóch połączeń od Jurka. Dostałam też smsa: Jestem już w Gdańsku, u mnie OK, a u ciebie? Daj znać.
Wstukuję: nie słyszałam tel, u mnie OK cała i zdrowa. Wkrótce zasypiam.

2 komentarze:

  1. zaciekawiłaś mnie. Wrażenie ogólnie dobre choć chodzisz po kruchym gruncie :) Trylogia o Greyu jest wspaniała więc każda inna powieść, blog, historia pisana na podstawie tej książki może być źle odebrana. Ale pisz :) zobaczymy co z tego będzie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję pierwszemu komentatorowi mojej "twórczości". Trylogia jest dla mnie inspiracją i nawet nie śmię kusić się na porównanie:)

      Usuń