wtorek, 16 kwietnia 2013

XLII

Listopad. Jeszcze nie jest tak późno, ale już ciemno. Jedziemy Połczyńską, potem Wolską. Podziwiam widoki za oknem. Kiepsko znam tę część Warszawy. Uśmiecham się do swoich myśli i kręcę powoli głową.
- Czemu tak zaprzeczasz?- pyta Jurek, patrząc to na mnie to na drogę. Zatrzymuje się na czerwonym świetle.
- Nie zaprzeczam, jestem zadziwiona.
- Czym tak bardzo?- gładzi mnie czule po policzku.
- Jesteś tak różny od tego co zobaczyłam...
- Chodzi ci o mój dom- wzdycha i zmienia się wyraz jego twarzy- jednak ci nie pasuje, ja też nie zawsze jestem z niego dumny....
Patrzę na niego zdumiona przez chwilę, ale tracimy kontakt wzrokowy, bo ktoś za nami trąbi, nie zauważyliśmy kiedy zmieniło się światło.
- A dlaczego?
- Jak to dlaczego, przecież to oczywiste, widziałaś przecież- jest zirytowany- możemy już o tym nie mówić. Masz ochotę na spacer? Jak pojedziemy cały czas prosto, wylądujemy na Starówce.
- Hm, spacer, od tego powinniśmy zacząć, no nie?- pozwalam mu na zmianę tematu. Może na spacerze uda mi się wyciągnąć coś więcej. Mam z tym mały kłopot. Widzę, że w jakimś sensie wstydzi się swojego domu, z drugiej zabrał mnie tam dla swoistego testu, co też nie do końca mi odpowiada, ale nie wiem czy jego wstyd nie drażni mnie bardziej.
- Fakt, szybko się to potoczyło- zastyga w zadumie.
- Teraz będziesz musiał nadrobić ze mną te wszystkie randki, których nie było...nie uważasz, że trochę ZA szybko.
- A jaka odpowiedź jest właściwa? Który moment jest dobry, by zacząć, a który by pójść dalej?- mówi filozoficznie.
Parkujemy przy pomniku Piłsudskiego. Jurek szarmancko otwiera mi drzwi. Kiedy wysiadam bierze mnie w ramiona i mocno przytula.
- Chrzanić to, który moment jest dobry, już nie wyobrażam sobie, że mogłoby cię nie być. Czy lepiej byłoby marnować czas na konwenanse?
- No wiesz, zaloty nie byłyby takie złe- staram się rozluźnić atmosferę. Zaskakuje mnie to jaki potrafi nagle stać się ckliwy. Jego wyznania sprawiają, że miękną mi kolana, ale jakoś nie do końca potrafię się odnaleźć w tej romantycznej konwencji. Nie wiem co teraz chciałby ode mnie usłyszeć, nie wiem co sama chciałabym mu powiedzieć.
- Więc chodź, nadrobimy to. Po pierwsze spacer. Nie byliśmy jeszcze na spacerze. Wolisz w lewo na Plac Zamkowy czy w prawo Krakowskim Przedmieściem i Nowym Światem?- podaje mi ramię, a ja ochoczo wsuwam pod nie swoją rękę. Chwilę się zastanawiam. Ze względu na wysokie obcasy spacer nie będzie zbyt długi. Przypominam sobie o bruku, jakim wyłożona jest cała Starówka i dochodzę do wniosku, że w lewo nie będzie zbyt wygodnie.
- Wybieram w prawo.
- Jak sobie Pani życzy- robimy parę kroków, nagle Jurek głośno wypuszcza powietrze- i zabij mnie, nie wiem co się dalej mówi na randkach.
Chichoczę.
- Teraz powinieneś nastroszyć piórka i zaprezentować się tak, żebym była tobą oczarowana i nie mogła ci się oprzeć.
- E to co ja się staram, przecież i tak nie możesz...
Daję mu mocnego kuksańca w bok.
- Nie bądź taki pewien siebie- robię naburmuszoną minę.
- Nie bądź zła, takie minki są nie w twoim stylu. Jedną odpowiedź już mamy. Pewnego etapu nie cofniesz. Jesteśmy już za daleko, za dużo się wydarzyło, zbyt wiele nas łączy...
- Ale o ten dzisiejszy test, jestem na ciebie zła- tym razem mówię poważnie. Przygląda mi się bacznie i już wie, że żarty się skończyły.
- Test?
- Zawiozłeś mnie do rodziców, bo to był test. Tylko nie wiem jak go nazwać, więc powiem wprost, chciałeś sprawdzić czy lecę na kasę?
- Nie, nie no co ty- mówi, ale mało przekonywująco- nie o to chodziło, chciałem tylko...chciałem sprawdzić...
- Sprawdzanie to test- mówię możliwie spokojnie, ale jestem coraz bardziej wściekła.
- Kurwa, nie wiem co chciałem- klnie, a moje oczy robią się okrągłe, to niewiarygodne, nawet nie zamierza zaprzeczyć. Odsuwam się od niego. Stoimy na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Królewskiej. Kiepsko wpisujemy się w spacerujący tłum. Jurek chwyta mnie za rękę. Nie bardzo mam teraz ochotę go dotykać, ale jego uścisk jest zbyt mocny. Ciągnie mnie w kierunku podcieni. Między filarami ruch spacerowiczów jest zdecydowanie mniejszy. Jego twarz jest maksymalnie spięta- Monika, przepraszam cię, nie zdawałem sobie sprawy jak głupio to wyglądało. Pomyślałem, że jak to zobaczysz, to odejdziesz...
- No jest coraz lepiej, chciałeś żebym odeszła- łzy napływają mi do oczu, jedyne czego teraz chcę to uciec stąd i jak najszybciej znaleźć się w domu. Sama. Odwracam się gwałtownie, ale łapie moje ramię i odwraca z powrotem w swoim kierunku.
- Pomyślałem, że odejdziesz, ale jeśli zostaniesz, to będzie znaczyło, że na prawdę chcesz ze mną być- mimo mojego oporu, przyciąga mnie do siebie i przytula mocno, jego broda opiera się o moją głowę. Nie odwzajemniam uścisku. Zauważa to po chwili i uwalnia mnie z uścisku. Bacznie mi się przygląda. Ocieram opuszkiem łzę, która kręci się w moim oku. Nie będę płakać, o nie.
- Mam ochotę stąd prysnąć jak najdalej, nie bardzo cię lubię w tej chwili. Zawieź mnie do domu- mówię cierpko, odwracam się na pięcie i ruszam w stronę samochodu.
- Monika błagam cię- mówi, po chwili rusza za mną- odwiozę cię, zrobię co zechcesz, ale proszę cię, usiądźmy na chwilę. Wejdźmy na kawę. Wysłuchaj mnie.
- Nie mam ochoty już cię słuchać, nie w tej chwili, odwieziesz mnie, czy mam jechać autobusem?
- Odwiozę, oczywiście odwiozę, ale...- urywa, bo gwałtownie unoszę rękę go góry, po czym kładę wskazujący palec na ustach.
- ĆĆĆ, nic już nie mów, tylko mnie odwieź...
Już nie protestuje. Idziemy do samochodu. Chowam się jak mogę w płaszcz, ręce wbijam do kieszeni. Idę tak szybko jak pozwalają mi na to obcasy. Z ulgą przyznaję, że szybki marsz koi nieco moje emocje. Chwilę zastanawiam się co nim kierowało, żeby tak głupio ze mną postąpić? Niestety, trochę będzie musiał teraz pocierpieć. Gdy jesteśmy przy samochodzie, właściwie nie czuję już złości. Kurczę, ten facet na prawdę się we mnie zakochał. Otwiera moje drzwi i wpuszcza mnie do środka. Po chwili siada na swoim miejscu. Patrzy na mnie bacznie, a ja mam wzrok utkwiony w przedniej szybie. Udaję, że go w ogóle nie dostrzegam. To zaczyna być nawet zabawne. Nie jest mi jednak do śmiechu. Jurek bez słowa wyprowadza auto z parkingu i ruszamy na Mokotów. Mijamy ciemne ulice Warszawy. Z głośników lecą jakieś chilloutowe kompilacje. Wspaniale ilustrują to co dzieje się za oknem i we mnie. Myśli idą w jedną stronę i gdy ich melodia jest już w miarę ustalona, nagle zmieniają bieg i wchodzi nieoczekiwanie nowy instrument. Właściwie nie myślę już o nas. Bardziej koncentruję się na obserwacji życia miasta. Nie miałam pojęcia jak za nim tęsknię. Kiedyś spędzałam na jego ulicach wiele godzin. Ostatnio zaś, moje życie koncentrowało się na kilku punktach. Praca-dom- Marta- raz w miesiącu rodzice. Kiedy stałam się taka bezbarwna? A czy kiedyś w ogóle przestałam taka być?
- Do ciebie, czy do mnie?- z zadumy wyrywa mnie głos Jurka.
- Ja do siebie, a ty gdzie chcesz...

4 komentarze: