czwartek, 18 kwietnia 2013

IIIXL

Sama nie mogę uwierzyć, że to powiedziałam. Ale na prawdę chce być teraz sama. Mam jednak dziwną pewność, że to nic między nami nie zmieni. Zrobił jednak coś, co cholernie mi się nie spodobało i zamierzam dać temu wyraz. Nie odpowiedział na to ani jednym słowem. Zatrzymuje samochód pod moim domem. Spokojnie wysiada i obchodzi auto, nie patrzy w moją stronę. Otwiera moje drzwi i podaje rękę. Szarmancki jak zawsze. To milczenie trwa już jednak za długo, chyba przegięłam. O nie, nie. To on przegiął. Nie powinnam teraz swoim zwyczajem odpuścić, ale co najlepsze nie mam ochoty tego zrobić. Przemyka mi przez myśl, że gdyby było parę lat wcześniej, a zamiast Jurka stałby tu Adam, właśnie wisiałabym mu na szyi i łagodziła całą sytuację. Dlaczego tak często ulegałam i robiłam coś co było sprzeczne z tym co tak na prawdę myślałam. Nie tym razem. Boli mnie cholernie jego milczenie, ale czuję się dobrze z tym jak postępuję. Stoimy chwilę na przeciwko siebie.
- No to cześć- mówię.
- Cześć- odpowiada. Widzę jego smutek. Czemu baranie nic nie zrobisz? Tylko w sumie czego bym oczekiwała? Z braku innych reakcji odwracam się na pięcie i odchodzę w kierunku drzwi. Zastanawiam się, gdzie jest moja rozpacz, już powinna tu być. Co się ze mną dzieje? Czy moja pewność siebie zbytnio nie triumfuje?
Docieram na górę, pierwszy raz od wielu dni jestem sama. Ostatnio, albo byliśmy razem, albo zaraz mieliśmy się spotkać. Nie włączając światła, podchodzę do okna w sypialni. Jurek nadal stoi przy samochodzie. Opiera prawą rękę o samochód, lewą trzyma swoim zwyczajem w kieszeni. Jest lekko pochylony, jakby odpoczywał po biegu. Jego oczy skierowane są w ziemię. Po paru chwilach prostuje się, znika we wnętrzu samochodu i odjeżdża.
Dochodzę do wniosku, że albo się super rozumiemy i wie, że teraz potrzebujemy pobyć oddzielnie, albo kompletnie się nie rozumiemy i wtedy...no właśnie co? Jako nastolatka pomyślałabym, że to może oznaczać koniec, ale dziś tak nie uważam. To byłoby beznadziejnie głupie. Przebieram się w domowe ciuchy, nalewam sobie szklankę soku z czarnej porzeczki i machinalnie zaglądam do lodówki. Wita mnie pustka. No tak, ostatnio nie troszczyłam się o zakupy. Siadam przy stole i podkulam kolana, opieram na nich brodę. Popijając sok zastanawiam się nad tym co się wydarzyło. Po co mnie tam zabrał? Wstydzi się ich czy nie? Co ja o nich myślę tak na prawdę, a nie to co powinnam? Tak na prawdę, hmm, to nic o nich nie wiem, nie wiem dlaczego zdecydowali się żyć jak trzydzieści lat temu, jakby udawali, że nic się nie zmieniło, może są do tego zmuszeni, może po prostu nie mają kasy? Czy wtedy ich syn kupowałby sobie designerskie mieszkanie na Mokotowie? Nie za dobrze by to o nim świadczyło. Moje myśli podążają w niebezpiecznym kierunku. To nie moja sprawa. Nie wiem jakie ma z nimi relacje, co nimi kieruje, czy to ich wybór czy konieczność? No i znowu, po co poddał mnie temu durnemu testowi? Gapię się na półki z książkami. Wygląda na to, że dziś będę mogła bez przeszkód zabrać się za trzecią część trylogii Fifty Shades. Nie ma wprawdzie jeszcze trzeciej części po polsku, ale nie mogłam czekać i zamówiłam z Amazona wersję oryginalną. Czeka tu na mnie od kilku dni. Dzisiejszy wieczór będzie na nią idealny. Podchodzę do półki, ale mój wzrok pada jeszcze na album ze zdjęciami z liceum. Kiedyś bardzo skrupulatnie wywoływałam najbardziej pamiątkowe zdjęcia i umieszczałam je tematycznie w albumach. Zasiadam na kanapie i otwieram pierwsze karty. Impreza po maturze na działce Beaty, studniówka, wycieczka do Pragi, zdjęcie klasowe. Wpatruje się w nie przez dłuższą chwilę. Spoglądają na mnie z niego naburmuszone twarze nastolatków odzianych w ciemne stroje. Właściwie cala klasa gustowała w metalu lub ciemniejszych odcieniach rocka, a teraz? Dziewczyny wskoczyły w garsonki, a chłopaki w garnitury. Poza jednym. Mat. O, cholera!!! Myślę przez chwilę, a potem gnam do sypialni. Wygrzebuję z szafy czerwone pudło. Wysypuję zawartość na podłogę. Jest. Mój notes z telefonami. W przelocie chwytam torebkę i wracam na kanapę. Znajduję w notesie odpowiednią kartkę. Od kiedy padł mi jeden z telefonów, co jakiś czas spisuje wszystkie swoje namiary w notesie. Robię też elektroniczną kopię na dysku. Tylko nie wiem po co? I tak prawie z nikim się nie kontaktuję. Dzwonię najpierw na komórkę. Włącza się poczta głosowa, ale nie dowiaduję się z niej do kogo się dodzwoniłam. Mam jeszcze stacjonarny. Pewnie do jego rodziców. Pamiętam jego mamę, Ewelinę, fajna babka, no nic dzwonię, może mnie poznają. Po kilku sygnałach słyszę dynamiczne:
- Tak słucham.
- Dobry wieczór, z tej strony Monika Stawo...
- Monika Stawo?....- przez chwilę słyszę pomruki zastanowienia, uśmiecham się do siebie, to na pewno pani Ewelina- ach Monika! Czemu się nie odzywałaś tak długo, boże to wieki. Tak się kumplowaliście z Matkiem, a potem co?
- Tak się poukładało, a propos szukam do niego kontaktu, nie wiem czy komórka jest aktualna?
- Taaa, pilnuje tego swojego numeru, ale wiesz co? Teraz jest chyba na próbie. Zawsze w niedziele bębnią wieczorami.
- A wie pani gdzie?
- Niestety nie, nigdy mi nie mówi, gdzie wychodzi...
- Czyli adresu też nie zmienił?
- Niestety nie- wzdycha. Rozumiem mamy tu do czynienia z przyspawaną pępowiną. Nie ma się co czarować, mnie też w innych okolicznościach nie byłoby stać na samodzielne mieszkanie.
- No nic, dziękuję, spróbuję zadzwonić potem na komórkę, może już będzie wolny.
- Słuchaj, a może coś przekazać?
- Trudno tak będzie w jednym zdaniu...pani Ewelino czy on nadal zbiera starą elektronikę.
- Temu też jest wierny, już ruszyć się nie ma gdzie. A co u rodziców, wrócili?
- Nie, nadal są w Kętrzynie, nie zanosi się, żeby mieli wrócić, ale służy im, pani Ewelino, przepraszam muszę kończyć, dziękuję za informacje, postaram się odezwać.
- Tylko nie zapomnij, powiem mu, że dzwoniłaś, cześć.
- Dzięki, dobranoc.
Jeśli na prawdę tak rzadko zmienia upodobania, to powinien być teraz w Kotłowni. Tak nazywaliśmy salę w podziemiach teatru, którą kiedyś załatwił chłopakom nasz polonista. Nie bardzo podobała mu się muzyka, jaką grali, ale twierdził, że lepsze to, niż żeby się mieli szwędać po ulicach. Zakładam na siebie dżinsy i białą koszulkę, z szafy wyciągam ramoneskę. Jeszcze gruby pasek i botki. Chwytam małą torebkę, gdzieś muszę schować dokumenty, telefon i portfel. Ok, mogę iść. Już na klatce przychodzi mi do głowy, że mój samochód stoi pod domem Jurka, trudno, to nie jest daleko. Podczas marszu przychodzi mi do głowy, że nawet nie wiem, o co go pytać, jeśli oczywiście będzie chciał mi pomóc. Może zadzwonię do Stefana? E, po co te demonstracje. Jestem trochę zła na Jurka, ale po pierwsze trochę mi już przeszło, po drugie on się chyba czuje gorzej niż ja, po trzecie to zupełnie inna sprawa. Sama nie wierzę, że potrafię to rozdzielić, ale chyba z wiekiem zyskuję na rozsądku. Odbiera niemal natychmiast:
- Monika, dobrze, że dzwonisz, wszystko ci wyjaśnię, to znaczy postaram się.
- To później, chyba wiem skąd wziąć tę waszą część,.... kostkę, .....ten nośnik- niemal słyszę jego zaskoczenie.
- Na prawdę, skąd?
- Możesz ze mną jechać, jeśli chcesz. Wyjaśnię ci w drodze, właśnie idę w twoim kierunku, zostawiłam tam samochód.
- Już schodzę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz