Jestem obezwładniona, budzi mnie brak możliwości poruszania się. Otwieram oczy. Jestem bardzo blisko jego szyi. Zaciągam się jego zapachem. Jest boski i nie mogąc się oprzeć unoszę nieznacznie głowę i całuję go w czubek brody. Oplata mnie całkowicie. Nogą blokuje moje nogi, ramionami oplata mnie ciasno i trzyma przy sobie. Delikatnie wyplątuję się z jego objęć, muszę iść do toalety. Nieznacznie zmienia pozycję, wydaje z siebie pomruk i znowu odpływa. Stoję przez chwilę przy wejściu do sypialni i przyglądam mu się. Teraz we śnie jego twarz jest prawie gładka, a bruzda na czole, między brwiami prawie niewidoczna. Dopiero teraz dostrzegam jak jego twarz na co dzień jest spięta. Ruchem motyla podfruwam do toalety. Postanawiam nie wracać już do łóżka. Nagle zapragnęłam zrobić mu niespodziankę i wyręczyć go w szykowaniu śniadania. Rozglądam się po kuchni, co mogłabym przygotować? Decyduję się na jajka na miękko z kanapką z szynką na sałacie i z pomidorem, a do tego kakao. Najwięcej problemu sprawia kakao, nie mogę go znaleźć, może młodzi mężczyźni nie mają czegoś takiego w domu? Znajduję natomiast gorzką czekoladę, myślę sobie, że się nada, rozpuszczę ją i dodam do ciepłego mleka.
Układam nakrycia na blacie w kuchni. Jestem staranna jak nigdy. Sama mogłabym jeść byle gdzie, byle jak, ale z nim chcę celebrować śniadanie. Czyżbym chciała mu się przypodobać? Znajduję wiele przydatnych rzeczy jak kolorowe podkładki pod talerze, obrączki do serwetek, kokilki na jajka, piękne filiżanki w których zamierzam podać kakao. Wszystko wygląda na nietknięte. Nalewam gorące kakao do ogrzanego dzbanka i już mam iść obudzić mojego księcia, gdy słyszę jak z wielkim hukiem spada z łóżka. Już przy wejściu sypialni nie mogę się powstrzymać i wybucham śmiechem. Wygląda na to, że Jurek z trudem odnajduje świadomość. Po chwili rozumie już co się stało i sam zaczyna się śmiać. Przekręca się na plecy i wyplątuje z kołdry. Opiera się na jednym łokciu, a drugą rękę wyciąga do mnie, wzywając mnie wskazującym palcem. Wygląda cudnie, ale nie po to się tak starałam.
- Później, teraz chodź na śniadanie- mówię zdecydowanie.
- Nie dostanę nawet małego całusa- zrywa się z podłogi i jednym susem jest już przy mnie.
- Dobrze wiemy, że na jednym całusie się nie skończy- zarzucam mu ręce na szyję i cmokam w nos. Obejmuje mnie i przyciska mocno do siebie, jego dłonie wędrują na moje pośladki i przyszpila do mnie swoje biodra- wiem do czego zmierzasz, ale to na deser, idziemy bo wszystko stygnie.
- No tak, już nie działam na ciebie jak dawniej- robi minę płaczącego dziecka, a ton wypowiedzi wskazuje na to, że całe wieki jesteśmy razem. Wygląda z sypialni w kierunku kuchni, jego oczy robią się okrągłe i pozostawia mnie rzucając przez ramię- przekonałaś mnie. Zasiada na wysokim krześle. Po chwili odwraca się- Dołączysz do mnie?
Kiedy siadam obok niego, patrzy na mnie z błogością- Chyba nikt poza mamą nie zrobił mi jeszcze śniadania.
- A te tabuny lasek? Nie jadałeś śniadań w ich towarzystwie po męczącej nocy- sarkam nalewając mu do filiżanki kakao.
- To był tylko seks, z żadną nie nocowałem, nigdy, ..., kurczę sam nie mogę w to uwierzyć. Tyle mnie ominęło- podnosi moją dłoń do swoich ust i muska pocałunkiem.
Korci mnie, żeby zapytać o Andreę, bądź co bądź to z nią pierwszą pomieszkiwał, ale gryzę się w język. Widzę, że jego nocne myśli nie zniknęły razem z nadejściem dnia. Nie chcę burzyć radosnego poranka i włączam się w beztroskę. Pierwszy raz mamy sporo czasu dla siebie i nie musimy nigdzie gnać. Mamy oczywiście z tyłu głowy niełatwe, bieżące wydarzenia, ale one są, toczą się i szybko nie znikną. W tej chwili jednak to my jesteśmy najważniejsi i budujące się między nami błyskawicznie uczucie, tworzący się związek. Okazało się, że wstaliśmy dość wcześnie, także poza celebracją śniadania, mamy również chwilę na poranne pieszczoty. Są dziś bardzo ckliwe, nieśpieszne, delikatne. Doprowadzamy się obydwoje do rozkoszy bliskością ciał, dłońmi, językami. Kochamy się w łóżku, na kanapie i pod prysznicem. Nie jestem jednak zmęczona. Zdaję sobie jednak sprawę, że niedługo powinniśmy jechać do rodziców Jurka i pomału rośnie mi w brzuchu twarda kula zdenerwowania.
- O której mamy być u twoich rodziców?- pytam zabierając się za makijaż.
- Jeszcze to- nie jest zadowolony- jakoś wyleciało mi to z głowy, ale strasznie mi się nie chce- ma skrzywioną minę, a zastanawiam się o co chodzi. Najpierw chciał, żebym ich poznała, mimo moich sugestii, że trochę na to wcześnie, a teraz mu się odechciało. A może chodzi o niechęć do swojego domu jako takiego? I już nie wiem co gorsze.
- Chcesz to odwołać?- pytam.
- Trochę na to za późno, ale ten poranek był...doskonały- przytula się do moich pleców- podwójnie waniliowy- robi na mojej szyi mokry ślad językiem- po prostu, nie chce mi się tego przerywać, nie jestem pewien, czy kiedykolwiek mi się to znudzi- patrzę na niego w lustrze, to prawda jest doskonale.
- No więc, o której?
- Mama szykuje się na 15:00.
- To znaczy, że zaraz musimy wychodzić- zaczynam panikować.
- Spokojnie, Jelonki nie są tak daleko.
- Muszę wrócić do domu, porządnie się ubrać, a po drodze chciałabym kupić kwiaty i wino- wyrywam się z jego objęć, a moje zdenerwowanie sięga zenitu.
- Nie panikuj, to nic wielkiego!- jest bardzo zdziwiony popłochem jaki właśnie powoduję.
- Dla mnie jest, poznam twoich rodziców, najważniejsze osoby w twoim życiu, a wcale nie jestem na to gotowa, chciałabym żeby wyszło dobrze.
- Nie przeceniałbym tego wydarzenia- staję jak wryta, kompletnie się nie rozumiemy, chyba pierwszy raz.
- Nie jest dla ciebie ważne, że ich poznam i co o mnie pomyślą?
- Nieszczególnie, ty i ja to nie ich sprawa, poznają cię, ale nie będzie mnie obchodziło co myślą na nasz temat.
- Spotykałbyś się z kimś, kogo nie akceptują?
- Kurcze nie wiem, nigdy nie musiałem się nad tym zastanawiać. Mówiłem ci już, nigdy nie przedstawiłem im żadnej dziewczyny.
- Dobra skończmy to, i tak jestem zdenerwowana, pozwól mi się przygotować do wyjścia, a potem jedziemy do mnie, do jakiś delikatesów i po kwiaty.
- Okej, okej- unosi ręce w geście poddania- nie chcę tylko, żebyś była zawiedziona.
Znów nie wiem, co ma na myśli, ale nie chcę teraz o tym myśleć i krok po kroku realizuję swój plan. W domu wybieram bezpieczny komplet czarny żakiet z białą lamówką na klapach, rękawach i biodrach, czarną ołówkową spódnicę i buty na obcasie. Na to wszystko zakładam kremowy płaszczyk. Muszę przyznać, że wyglądam dość szykownie. W tym czasie Jurek obiecał kupić kwiaty. Poprosiłam go o kilkanaście herbacianych róż. Ciężko westchnął na tę prośbę, ale znowu odsunęłam od siebie chęć analizowania tego. Gdy zapinam płaszcz, wchodzi z kwiatami i spogląda na mnie. Rozchylam poły płaszcza i prezentuję swój strój.
- A może coś mniej szykownego?- pyta skonsternowany.
Wszystko mi opadło. Chyba zrozumiał znaczenie mojej zbolałej miny.
- Monika, wyglądasz pięknie, ale jedziemy prawie na wieś, do prostych ludzi, nie chcę żebyś się zawiodła, albo czuła tam źle.
- To czemu mi nic nie mówisz o nich, skąd mam wiedzieć, jadę na pierwszą wizytę do rodziców mojego faceta, chcę wyglądać poważnie i oddać im tym należny szacunek.
- Przesadzasz skarbie, no dobrze chodźmy.
- Poczekaj jeszcze chwilę- znikam w sypialni i zamieniam żakiet na kremową szyfonową bluzkę, na szyję zarzucam czarne długie korale, więcej tak szybko zmienić nie zdążę- lepiej?- pytam stając w przedpokoju.
- Cudnie, dobrze, chodźmy i nie denerwuj się tak, bo zacznę sądzić, że jeśli będziesz mnie chciała przestawić swoim rodzicom, to powinienem się bać i wypożyczyć smoking.
- Nie inaczej- uśmiecham się promiennie, a jemu rzednie mina.
Po drodze upieram się, byśmy kupili wino, dla Jurka jest to oczywiście zbyteczne. Żałuję, że nie wypytałam go wcześniej o rodzinny dom, może zrozumiałabym jego zachowanie i lepiej bym się do tej wizyty przygotowała.
Podróż jest jednak dość długa. Kierujemy się na zachód, mam wrażenie, że zaraz wyjedziemy z Warszawy. Trasa jest tu szeroka, a zabudowań coraz mniej. Rzadko bywałam w tej części Warszawy. Z trasy zjeżdżamy gdzieś między jednorodzinne domki. Zabudowania wyglądają na dość wiekowe. Niektóre domy są odnowione lub przebudowane. Zatrzymujemy się przed zieloną bramą. Jurek otwiera furtkę i wpuszcza mnie do środka. Do domu prowadzi ścieżka ułożona z zatopionych w ziemię kawałków betonu. Sam dom wygląda na wiekowy. Elewacja ma nieokreślony siny kolor. Podwórko jest dość obszerne, ale bardzo ponure. Nie ma tu praktycznie trawnika, tylko ubita czarna ziemia. Pod wiatą czają się zdezelowane i bardzo stare maszyny rolnicze, a właściwie ich szczątki.
- A więc tu się wychowałeś?- patrzę na Jurka, a on ma dość niepewną minę.
- Właśnie tak- odpowiada- masz ochotę wejść dalej?
- Co to za pytanie?- zastanawiam się co mu chodzi po głowie.
Otwiera drewniane drzwi wejściowe i wchodzimy do ciemnej sieni. Szuka ręką włącznika. Zapala się umocowana przy suficie żarówka, osłonięta plastikowym koszem. Kilka kroków dzieli nas od kolejnych drzwi. Te otwierają się nagle z impetem.
- Widziałam, że zajechaliście- dopada nas krępa, niska pani ze świeżą trwałą na głowie. Łapie Jurka za szyję i przyciąga mocno do siebie, po czy całuje go w głowę.
- Mamo, to Monika- wskazuje na mnie, a ja wręczam jej kwiaty. Jest zakłopotana.
- A kto ma być, mówiłeś, że będziecie razem. No zapraszaj na pokoje.
Wchodzimy bezpośrednio do niskiej kuchni, z której z kolei prowadzi wejście do dużego pokoju. Stoi tu spory stół i krzesła, w dalszej części pod ścianą dwa fotele przedzielone niskim stolikiem. Na jednym z foteli siedzi potężny mężczyzna. Ma przerzedzone, siwe włosy. Jego oczy wyglądają na mocno zmęczone. Wpatruje się w telewizor i nie zwraca na nas uwagi, gdy wchodzimy.
- Tato- odchrząkuje Jurek.
Mężczyzna odwraca głowę i zauważając nas zrywa się z fotela.
- Ojciec do mnie mów, tyle razy ci mówiłem- podchodzi do Jurka i żartobliwie boksuje go w brzuch, Jurek odpowiada gardą, przez chwilę się śmieją, ojciec poklepuje go po ramieniu i zwraca w moją stronę- a ta piękna pani?
- Ojciec pozwoli, to Monika.
- Dzień dobry- odpowiadam uściskiem dłoni, a ojciec Jurka zamaszyście całuje mnie w dłoń.
Dołącza do nas mama Jurka.
- No co tak stoicie, ojciec proś do stołu, zaraz będzie obiad, tylko kartofle dojdą- wskazuje ręką miejsca. Jestem oszołomiona. Nie spodziewałabym się, że taki mógłby być dom rodzinny Jurka. Kompletnie nie pasuje do tego otoczenia. Zupełnie inaczej wygląda, inaczej się ubiera, inaczej mówi.
- Dobrze wyglądasz synek- kontynuuje jego matka- jak z żurnala i pannę taką elegancką przyprowadziłeś, ojciec on już całkiem nie nasz- mówi to i widać jak przepełnia ją duma z syna.
- Mogłaś tak nie naciskać na szkołę, a ty nauka i nauka, no to się wyuczył i o czym on ma z nami teraz rozmawiać- oczy ojca śmieją się gdy to mówi, choć stara się być poważny, znowu solidnie klepie syna po plechach.
- Ja naciskałam?!- oburza się matka- to tyś się w tym hotelu naoglądał świata i chciałeś żeby wyżej szedł.
Jurek spogląda na mnie z zakłopotaniem, a ja odpowiadam ciepłym uśmiechem.
- Tak czy owak, syn się państwu udał- ryzykuję i zabieram głos w tej wymianie zdań.
Jurek jest nieco zaskoczony, rodzice chyba też. Ojciec kiwa głową i mówi:
- A udał się, a pani się na nim poznała, mam rozumieć?
- A tyś co taki ciekawski- ruga go matka, ich sprawy- najważniejsze, że przyjechał, od powrotu tylko raz zajrzał- żali się zwracając do mnie.
- Mamo, tyle mam roboty, że spać nie mam kiedy, na prawdę nie dało rady- tłumaczy się Jurek.
- A dziewczynę zdążyłeś poznać?!- śmieje się z niego matka.
- To też mama było w pracy.
- Aj wy młodzi, tylko ta praca i praca, a gdzie życie?- wzdycha.
- A ty matka nie pamiętasz jak zasuwaliśmy, tak samo było- ripostuje dynamicznie ojciec.
- O cholera, kartofle- mama Jurka rzuca się biegiem do kuchni.
- To może ja pomogę- pośpiesznie wstaję z krzesła.
- Szkoda bluzeczki, tak ładnie pani wygląda, jeszcze się pani zabrudzi.
- To się wypierze- uśmiecham się do starszej pani, pojęcia nie mam ile ma lat, ale wygląda jak i jej mąż na starszych od moich rodziców- to zanieść?- wskazuję na parującą wazę?
- Jak pani taka dobra.
Siadamy do obiadu. Pani domu ugotowała rosół, a na drugie podała mielone kotlety, marchewkę z groszkiem i puree z ziemniaków. Wszystko było pyszne, a ja wkrótce poczułam się jak na obiedzie u rodziny na wsi. Trochę tu inny zapach niż w nowych mieszkaniach, trochę inne jedzenie niż to do którego przywykłam, ale rodzice Jurka wydali mi się bardzo sympatyczni. Jurek za to bardzo mało mówił. Wyczułam, że nie czuł się do końca komfortowo. Ja też zaczęłam się zastanawiać, czy wszystko dobrze poszło. Gdy znaleźliśmy się w samochodzie postanawiam o to zapytać, ale on zaczyna pierwszy:
- I co, nie masz ochoty uciec w popłochu?- pyta zimno.
Nie podoba mi się ten ton i nie do końca wiem co ma na myśli.
- A o co pytasz?- pytam nie ukrywając niepewności.
- Słuchaj, jeśli ci nie pasuje skąd pochodzę, to lepiej powiedz mi to teraz.
- O co ci do diabła chodzi?
- Byłaś tam ze mną, widziałaś jacy są moi rodzice, wychowywali mnie, to prości ludzie, wiem, że to może mieć wpływ na nasz związek.
- Niby jaki? Nie rozumiem za bardzo, czy ty...czy ty się ich wstydzisz?
- Ja nie- na szczęście pojawia się na jego ustach uśmiech- a ty nie wstydziłabyś się takich teściów?
Wow, wow, wow...
- Do zostania teściami to mają jeszcze trochę czasu...
- Nigdy nic nie wiadomo- uśmiecha się do mnie szelmowsko i przekręca kluczyk w stacyjce- założę się, że twój dom i twoi staruszkowie są zupełnie inni.
- To prawda- kiwam głową, dokładnie wiem co ma na myśli- ale o co ci chodzi z twoimi, dlaczego tak mnie zaatakowałeś?
- Zaatakowałem?
- Pytałeś czy nie chcę uciec?
Wzdycha ciężko. Widzę, że chce mi coś powiedzieć, otwiera wreszcie usta. Po chwili je zamyka. Waha się. Po chwili jedyne co mówi to:
- Najważniejsze, że jednak jesteś...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz